(De)Koniunktura na rynku?
W Polsce ceny transakcyjne nieruchomości spadają już od kilku miesięcy, a na rynku wystawionych jest coraz więcej ofert. Po cenach wywoławczych widać wyraźnie, że właściciele mieszkań i deweloperzy nie mogą przyjąć do wiadomości, że rynek się zmienia. Kolejne terminy, kiedy sprzedaż ma się trwale odbić, wciąż się nie sprawdzają. Mimo zapowiedzi, że ceny mają dalej rosnąć, te nie chcą jednak iść do góry. Polacy masowo wstrzymują się z kupnem nieruchomości i będzie tak do momentu, kiedy zniknie obawa o dalszy wzrost raty kredytu i sytuacji w gospodarce. Co nas zatem czeka w przyszłości?
Co będzie się działo z cenami nieruchomości?
Ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii zaczęły w ostatnich tygodniach gwałtownie spadać. Tamtejsi eksperci obliczyli, że w ciągu ostatnich 3 miesięcy przeciętny brytyjski dom tracił na wartości 120 funtów dziennie. Niestety to tylko część złych informacji. Przyszłość nie napawa bowiem optymizmem. Nad brytyjski rynek nieruchomości nadciągają gradowe chmury. Ponure prognozy mówią, że blisko jedna piąta kredytów zaciągniętych między kwietniem 2005 roku a wrześniem 2007 roku może być zagrożona. Dotyczy to powyżej miliona kredytobiorców, zarówno tych, którzy zaciągnęli swój pierwszy kredyt, jak i tych którzy zdecydowali się refinansować hipotekę. Czy po USA i Wielkie Brytanii, problemy na rynku nieruchomości mogą dotknąć również nasz rynek? Zdaniem Bankier.pl, w wielu przypadkach nie uciekniemy przed korektą i nie pomogą już tutaj zaklęcia deweloperów, pośredników czy producentów materiałów budowlanych.
W takich sytuacjach zawsze powstaje pytanie – czy problemy w Wielkiej Brytanii dotyczą w jakiś sposób Polski?
Czy jesteśmy samotną wyspą, gdzie ceny będą szły tylko w górę? Wszyscy zainteresowani, którzy do tej pory „grali” pod zwyżki cen, w tym momencie schładzają oczekiwania na dalsze obniżki cen. Nie ma się co dziwić. Gdyby rynek zamarł, ceny nieruchomości musiałyby spaść, a to w bezpośredni sposób rzutowałoby na wyniki finansowe banków, doradców finansowych, pośredników nieruchomości, składów budowlanych, deweloperów, producentów materiałów budowlanych, funduszy inwestycyjnych, ale również mediów żyjących z reklamy, większej sprzedaży i oglądalności. Problem jak widać dotyczy wszystkich, również osób, które dopiero chcą kupić nieruchomość. Spadające ceny to efekt malejącej zdolności kredytowej, a przede wszystkim zwiększającej się awersji do ryzyka. W praktyce oznacza to, że rosnące stopy procentowe zjedzą wszystkie obniżki cen i ewentualne podwyżki pensji. Rynek zaczyna odwracać się o 180 stopni i w tym momencie coraz bardziej może niepokoić odwrotny mechanizm, który do tej pory sprawiał, że ceny szły do góry.
Dlaczego? Wystarczy zobaczyć jak rosła w ostatnich miesiącach rata kredytu.
Dla osób, które nie zdążyły jeszcze kupić mieszkania, zaczęły się złe czasy. Z jednej strony wysokie ceny nieruchomości, z drugiej malejąca zdolność kredytowa. Ceny przestały się też wspinać, bo wbrew zaklęciom sprzed kilku miesięcy, popyt z zagranicy znacznie się zmniejszył, a często praktycznie zanikł. I tutaj mamy łatwą odpowiedź na to zjawisko. Aprecjacja złotego sprawiła, że dla zagranicznego inwestora kupno mieszkania było z miesiąca na miesiąc coraz droższe. Warto to prześledzić. Podczas, gdy średnia (arytmetyczna) cen nieruchomości w Warszawie wzrosła wg raportu Szybko.pl i Expander.pl o ok. 11 proc., to w tym samym czasie ten sam metr mieszkania dla Amerykanina zdrożał o blisko 32 proc., dla mieszkańca strefy Euro o 19 proc., a dla zarabiających w funtach o 30 proc. Brak dodatkowego, spekulacyjnego popytu na mieszkania dokończył działa. Rynek będzie się teraz stabilizował. Jednak stabilizacja niekoniecznie oznacza, że ceny pozostaną na tym samym poziomie, co teraz. Sygnał do odwrotu można było zobaczyć na giełdzie już kilka miesięcy temu. Ceny akcji deweloperów, a nawet producentów materiałów budowlanych ciągle spadają, tracąc często ponad połowę wartości w stosunku do rekordowych kursów.
Czyżby inwestorzy wiedzieli coś, czego nie widzą wciąż lub nie chcą zobaczyć analitycy?
Ceny mieszkań i dynamika wzrostu cen nieruchomości w PLN, USD, EUR i GBP wg średnich kursów walut NBP
|
Warszawa
|
Ceny w PLN
|
Zmiana % w PLN
|
Ceny w USD
|
Zmiana % w USD
|
Ceny w EUR
|
Zmiana % w EUR
|
Ceny w GBP
|
Zmiana % w GBP
|
|
styczeń
|
8004
|
-
|
2776
|
-
|
2091
|
-
|
1408
|
|
|
czerwiec
|
8809
|
10,1
|
3147
|
13,4
|
2339
|
11,9
|
1573
|
11,7
|
|
grudzień
|
8917
|
11,4
|
3662
|
31,9
|
2489
|
19,1
|
1831
|
30,1
|
|
Wrocław
|
Ceny w PLN
|
Zmiana % w PLN
|
Ceny w USD
|
Zmiana % w USD
|
Ceny w EUR
|
Zmiana % w EUR
|
Ceny w GBP
|
Zmiana % w GBP
|
|
styczeń
|
6491
|
-
|
2251
|
-
|
1696
|
-
|
1142
|
-
|
|
czerwiec
|
7015
|
8,1
|
2506
|
11,3
|
1863
|
9,9
|
1253
|
9,7
|
|
grudzień
|
7026
|
8,2
|
2885
|
28,2
|
1961
|
15,7
|
1443
|
26,4
|
|
Kraków
|
Ceny w PLN
|
Zmiana % w PLN
|
Ceny w USD
|
Zmiana % w USD
|
Ceny w EUR
|
Zmiana % w EUR
|
Ceny w GBP
|
Zmiana % w GBP
|
|
styczeń
|
7656
|
-
|
2656
|
-
|
2000
|
-
|
1347
|
-
|
|
czerwiec
|
8005
|
4,6
|
2860
|
7,7
|
2126
|
6,3
|
1429
|
6,1
|
|
grudzień
|
7839
|
2,4
|
3219
|
21,2
|
2188
|
9,4
|
1610
|
19,5
|
Źródło: Obliczenia Bankier.pl, ceny nieruchomości w PLN z raportu „Szybko.pl i Expandera”
Głębokie
spadki na giełdzie to nie jedyny sygnał schłodzenia koniunktury.
Kolejnym jest to, co robią ostatnio deweloperzy, którzy nie mogą już
sprzedać mieszkania na pniu, wraz z wbiciem pierwszej łopaty w ziemię.
Firmy te zaczynają renegocjować ceny ziemi lub w ogóle zrywają
przedwstępne umowy. Same zatem widzą, że obecne ceny są zbyt
wygórowane. Przy okazji zadaje to kłam argumentom, że marże stosowane
przez deweloperów są już tak niskie, że nie da się zejść niżej. Być
może dotyczy to po prostu najdroższych działek, za które po prostu
przepłacili. Jednak w momencie, kiedy ogromny popyt się już skończył,
właściciele takich firm albo będą musieli zrezygnować z części marży,
albo będą zmuszeni zamknąć w Polsce działalność i przenieść się gdzieś
indziej. To drugie oczywiście jest mało prawdopodobne, a argument, że
taniej się nie da, przeczy zdrowemu rozsądkowi i ekonomii. Niestety
naturalny rodzajowi ludzkiemu optymizm, połączony z chciwością sprawia,
że rynek wierzy, że ceny mogą tylko rosnąć, a kupno nieruchomości jest
złotym interesem, na którym nie można stracić.
Kolejnym,
bardzo często wykorzystywanym argumentem jest to, że ziemi nie
przybywa, a w niektórych lokalizacjach ceny będą się utrzymywały, nawet
mimo ogólnej korekty na rynku. W końcu w centrum Warszawy nie da się
wybudować więcej mieszkań. To do pewnego stopnia prawda. Z drugiej
jednak strony trzeba pamiętać, że powojenny rynek nieruchomości liczy
sobie w Polsce zaledwie kilka lat. Efekty wcześniejszej polityki
mieszkaniowej widać w charakterystycznych dla każdego większego miasta
blokowiskach z wielkiej płyty i rozpadających się kamienicach
komunalnych. Dlatego to, co działo się po 2004 roku należy uznać za
precedens w naszej dotychczasowej historii, a nie jako stały element
rozwoju rynku. Polscy klienci mogli po raz pierwszy w historii wziąć
bez żadnych problemów kredyt mieszkaniowy i kupić za niego wymarzone
mieszkanie. Nie trzeba było na niego czekać po kilka lat – kupował
każdy, kto tylko miał w miarę dobre zarobki. Nie mamy zatem
doświadczeń, jakie są udziałem innych krajów. A warto w tym momencie
dla osób stwierdzających, że ziemi nie przybywa, przypomnieć chociażby
historię Japonii.
Ceny nieruchomości w sześciu
największych miastach spadły tam w ciągu lat dziewięćdziesiątych o 84
procent. Przez dwanaście lat z rzędu w całej Japonii taniała ziemia.
Jeśli chcemy bliższych przykładów, wystarczy przypomnieć sobie
londyńskie Canary Wharf. W ten teren zainwestowano 12 miliardów
dolarów. Sprzedano go potem za… pół miliarda. Być może trudno w to
obecnie uwierzyć, ale takie były skutki kryzysu na giełdzie w 1987
roku. Innym efektem był spadek cen mieszkań w Paryżu o 50 procent.
Trudno w to być może uwierzyć, ale fluktuacje cen nieruchomości to
rzecz na Zachodzie bardzo naturalna. Eksplozje cen, podobne jak
ostatnio mieliśmy w Polsce, przeplatane są okresem spadków, które
wyrównują wzrost cen nieruchomości w dłuższym okresie do tych
mitycznych 10-15% w skali roku. Nie uwzględnia się w tym jednak kosztów
utrzymania i remontu, co oczywiście wpływa na ostateczną stopę zwrotu.
W
ostatnich kilku latach w naszym kraju takie podstawowe rzeczy zniknęły
z pola widzenia. Wciąż nie mówi się o na przykład dosyć naturalnym
zjawisku, a mianowicie degradacji niektórych kwitnących swego czasu
dzielnic. Taki los bardzo często dotyka śródmieścia największych miast.
Najbogatsi ludzie, pracujący w centrum, wyprowadzają się na
przedmieścia – zwłaszcza, kiedy poprawia się infrastruktura, która
umożliwia łatwiejszy dojazd do pracy. W efekcie po kilku latach w wielu
dużych miastach na całym świecie, następowała swego rodzaju wymiana
mieszkańców i spadek wartości nieruchomości znajdujących się niedaleko
biznesowego centrum. Otwarte pozostaje pytanie, czy podobny scenariusz
czeka za kilka-kilkanaście lat na przykład Warszawę. Dużej części
bloków z poprzedniej epoki trudno przecież dorównać do dzisiejszych
standardów. Problemem jest również metraż takich mieszkań. Raczej nie
należy oczekiwać, że na mniej niż 50 metrach będą chciały mieszkać
bogacące się rodziny. W efekcie chętnych na zakup, chcących płacić za
„świetną” lokalizację, będzie coraz mniej. To oczywiście dopiero
przyszłość i perspektywa kilku lat, ale warto o niej pamiętać, kiedy
dyskutuje się o dzisiejszych cenach i świetnych ofertach
inwestycyjnych, na których nie można stracić. Kredyt bierze się
przecież często na kilkadziesiąt lat i w takiej też perspektywie
powinniśmy patrzeć na naszą nieruchomość. Polska wcale nie jest
wyjątkiem na tle innych krajów. To, że brakuje wciąż w naszym kraju
mieszkań, nie jest argumentem, który tłumaczy wszystko. Przed akcesją
do Unii Europejskiej, tych mieszkań również brakowało, a przecież
wszystkie te rodziny jakoś sobie radziły. Chęć nabycia własnego lokum,
nie można automatycznie utożsamiać z popytem, bo barierą są możliwości
finansowe.
Warto odwołać się w tym przypadku do
USA. Otóż 90 procent amerykańskich rodzin uważa, że wartość domów, w
których mieszkają, jest co najmniej trzykrotnie istotniejsza niż
wartość posiadanego przez nie portfela giełdowego. Kwota, jaką
Amerykanie mogą zapłacić za swoje domy, zależy od wysokości miesięcznej
raty kredytu hipotecznego. Niższe stopy oznaczają niższe raty, co
oznacza, że Amerykanie będą mogli pozwolić sobie zapłacić więcej za
dom. Mówiąc wprost – niższe stopy procentowe prowadzą do wzrostu cen
nieruchomości. Tak działo się również w innych krajach na całym
świecie. Właśnie przez te kilka ostatnich lat, kiedy pieniądz był
wyjątkowo tani i łatwo dostępny. Kryzys w USA może zadziałać obecnie
jak kostka domina. Wielka Brytania już to poczuła. Inne kraje
europejskie także. To właśnie dlatego FED tnie stopy procentowe nie
oglądając się na inflację i kurs dolara. Zapaść na rynku nieruchomości
i aut może pogrążyć całą gospodarkę. A to właśnie te dwa segmenty
zależą w tak dużym stopniu od ceny kredytu. Pytanie, co będzie w naszym
kraju. Stopy procentowe wynoszą już 5,25% i mają jeszcze rosnąć…
W
Polsce ceny transakcyjne nieruchomości spadają już od kilku miesięcy, a
na rynku wystawionych jest coraz więcej ofert. Po cenach wywoławczych
widać wyraźnie, że właściciele mieszkań i deweloperzy nie mogą przyjąć
do wiadomości, że rynek się zmienia. Kolejne terminy, kiedy sprzedaż ma
się trwale odbić, wciąż się nie sprawdzają. Mimo zapowiedzi, że ceny
mają dalej rosnąć, te nie chcą jednak iść do góry. Co nas zatem czeka w
przyszłości?
O tym, że realne ceny w gorszych
dzielnicach miast zapewne już nie osiągną takiego poziomu, jak na
wiosnę ubiegłego roku, mówi się już od jakiegoś czasu. Podobnie jest z
blokami z wielkiej płyty i dzielnicami ze złą komunikacją. Polacy
masowo wstrzymują się z kupnem nieruchomości i będzie tak do momentu,
kiedy zniknie obawa o dalszy wzrost raty kredytu i sytuacji w
gospodarce. Nie oznacza to, że mieszkania nie będą się sprzedawały.
Natomiast rynek stał się na kilkanaście najbliższych miesięcy rynkiem
kupującego, a nie sprzedającego. W takich sytuacjach, na rynku, na
którym ok. 80-90 procent transakcji wspomaganych jest kredytem, realne
ceny muszą spadać. Działać będą te same zasady co wcześniej, tym razem
jednak korzystać będą ci, którzy mieszkanie będą chcieli kupić, a nie
ci, którzy zyskują na wzrostach cen. Dlaczego mają jeszcze rosnąć ceny,
wiemy dokładnie. Dlaczego nie musi tak być, albo dlaczego dynamika tych
wzrostów będzie niższa od zakładanych?
- Klienci będą dokonywali zakupów rozważniej, bardziej negocjując ceny;
- Koniec
nadpłynności zmusi banki do zwiększenia marży na kredytach
mieszkaniowych. Będzie ona zależała coraz bardziej od wysokości wkładu
własnego. Zwiększy się cena ubezpieczeń od wkładu własnego, etc.;
- Spadną ceny starszych lokali, w gorszych lokalizacji, rozpocznie się rejonizacja cen;
- Spadnie
liczba rozpoczętych projektów deweloperskich, wzrośnie koszt budowy na
skutek braku wcześniejszego kredytowania ze strony klientów, przy
jednoczesnym zwiększeniu się problemów z kredytowaniem ze strony banków;
- Deweloperom
trudniej będzie rozbudowywać za pieniądze klientów banki ziemi, co
obniży popyt, dynamikę wzrostu cen, a być może również same ceny
działek;
- Zwiększy się podaż ziemi ze względu na zmiany w prawie, a co za tym idzie spadną ich ceny;
- Poprawi
się infrastruktura (również dzięki inwestycjom na Euro 2012), co
zwiększy popyt na domy i osiedla budowane poza miastem. W dalszej
perspektywie wpłynie to na kształtowanie się cen w miastach, zwłaszcza
starszych lokali, a także na osiedlach w graniach miasta, o gorszym
dojeździe do centrum;
- Może wrócić moda na kredyty w Euro i USD.
Pojawią się kredyty w funtach. Oferta ta będzie przede wszystkim
skierowana do licznej grupy emigrantów;
- Spadnie aktywność
inwestycji spekulacyjnych wśród polskich klientów – zarówno kupowanych
na kredyt, jak i w systemie 10/90, 20/80. Na rynku będą pojawiały się
mieszkania kupowane np. w 2006 roku, co będzie hamowało wzrost cen w
danych dzielnicach, a nawet prowadziło do czasowego ich spadku;
- W
wyniku aprecjacji złotego, załamania się dynamiki wzrostu cen
nieruchomości, wzrostu kosztu zdobycia kapitału, a także pojawienia się
lepszych okazji inwestycyjnych w innych krajach, spadnie aktywność
zagranicznego kapitału spekulacyjnego;
- O ile sprzedawca nie obniży ceny, znacząco wydłuży się okres sprzedaży nieruchomości;
- Na fali spadków w poszczególnych segmentach, na jakiś czas obniżą się ceny lub perspektywy wzrostu całego rynku;
- Spadek psychologicznego znaczenia czynników cenotwórczych, zwłaszcza po ukończeniu już rozpoczętych projektów;
- Ceny
będą rosły w przypadku najlepszych lokalizacji, dużych mieszkań, przede
wszystkim w nowym budownictwie. Rynek będzie jednak weryfikował
działania promocyjne deweloperów, ograniczając popyt na 50 metrowe
„apartamenty” i „lofty”;
- Stagnacja na rynku nieruchomości
będzie ściśle związana z wysokością stóp procentowych i z kontynuacją
wzrostu gospodarczego w Polsce;
- Nastąpi konsolidacja na rynku
deweloperskim. Istnieje też możliwość upadku najmniejszych firm, co
doprowadzi do ponownego rozpoczęcie dyskusji nad wprowadzeniem
zabezpieczeń typu escrow;
- Ustabilizowania się wzrostu cen -
początkowo do poziomu zbliżonego do inflacji, potem do poniżej 10
procent dla całego rynku. Mniejsza dynamika wzrostów do momentu
ponownego pojawienia się hossy i bąbla spekulacyjnego.
Warto
pamiętać, że spadki nie będą trwać wiecznie. Z drugiej jednak strony,
kiedy koniunktura wróci, będzie to już zupełnie nowy rynek. Będzie inna
konkurencja, infrastruktura, prawodawstwo. Klienci będą również
podchodzili z większą rozwagą kupując mieszkanie na kredyt na 35-40
lat. Po okresie zachłyśnięcia się łatwym dostępem do kredytów, kolejni
chętni będą już ostrożniej podchodzić do wszelkiego rodzaju analiz. A
warto sięgnąć pamięcią do przewidywań z ubiegłego roku. Poważne, na co
dzień zajmujące się tym rynkiem firmy, mówiły o nieustannych wzrostach
sięgających w niektórych miastach nawet 30 procent rok do roku. Ci sami
analitycy stwierdzają obecnie, już post factum, że ceny mogą spadać,
ale generalnie i tak będą za chwilę rosły. Taka zmiana opinii powinna
być przestrogą dla tych wszystkich, którzy poddają się emocjom i
próbują dostać się do rozpędzonego pociągu… Te 5 czy 10 procent w
jedną, bądź w drugą stronę, to cena dobrego samochodu. To również
często ponad rok dłuższego spłacania kredytu, lub statystycznie około 3
tysięcy godzin pracy trochę lepiej zarabiającego Polaka…
I
na ostatek kwestia najważniejsza. W USA wciąż tylko bardzo mała część z
wszystkich kredytów jest niespłacana. Mimo wszystko kryzys rozlał się
na cały rynek. Dlaczego? Bo istnieje obawa, że już za kilka miesięcy
niektórzy kredytobiorcy zaczną mieć kłopoty ze spłatą rosnącej raty.
Amerykańskie prawo umożliwia w takich sytuacjach ogłoszenie upadłości
konsumenckiej. Bank zostaje zatem z nieruchomością, która traci na
wartości. Gorzej, bo przez to tracą na wartości inne domy, również tych
klientów, którzy spłacają w terminie, lub których nieruchomość jest na
przykład zabezpieczeniem innego kredytu. To mogłoby doprowadzić do
zwiększenia spirali bankructw. Mimo wszystko straty społeczne są w
miarę ograniczone, bo konsumenci mogą zacząć życie od nowa, a
akcjonariusze instytucji finansowych zaczynają znowu zarabiać. Wszystko
dzięki upadłości konsumenckiej. Do czego prowadzi jej brak widzimy w
Japonii, gdzie mamy już do czynienia z drugą straconą dekadą dla tego
kraju. Dlaczego? Otóż na tym rynku, gdzie swego czasu funkcjonowały
kredyty na 100 lat i na 150% wartości nieruchomości, kredytodawcy muszą
spłacić całą kwotę zaciągniętego kredytu. Nawet wówczas, kiedy jego
zabezpieczenie jest warte znacznie mniej. W takich sytuacjach nie
pomagają obniżki podatków czy wzrost dochodów – kredyt jest co najwyżej
trochę szybciej spłacany. Japonia płaci zatem za swój wcześniejszy
wzrost na kredyt i brak odwagi do wprowadzenia prawa, które funkcjonuje
w jakimś stopniu praktycznie we wszystkich bogatszych krajach. Warto
zatem pamiętać, że polscy konsumenci również nie mogą ogłosić upadłości
konsumenckiej. Być może jest to zatem najlepszy czas, żeby taką ustawę
jednak wprowadzić w naszym kraju. Skoro instytucje finansowe i ich
akcjonariusze mogą liczyć w kryzysowych chwilach na pomoc publiczną,
czyli kosztem podatników, to zasada ta powinna działać w obie strony.
Powinna być ona stosowana oczywiście tylko w wyjątkowych sytuacjach,
ale wydaje się, że względy społeczne przemawiają za tym, żeby się
pilnie zająć tą sprawą.
---
Michał Macierzyński, analityk Bankier.pl
|