Home  |  Aktualności  |  e-Komunikacja  |  WWW  |  Bezpieczeństwo  |  Linux  |  Programy  |  GSM/UMTS  |  Rozrywka

Naukowe kłamstwa!

Nauka prawdy - prawda nauki?


Do tego, że politycy i dziennikarze czasem mijają się z prawdą, zdążyliśmy się już przyzwyczaić.
Ale jeśli w błąd wprowadzają nas uczeni - to już trochę dziwi. Zwłaszcza gdy robią to świadomie, bezczelnie i z pełną premedytacją! Naukowcy dopuszczali się oszustw już w najdawniejszych czasach, a wśród tych, którzy naciągali wyniki badań albo wręcz je wymyślali, były największe sławy. Isaac Newton, Albert Einstein, Cyril Burt, Charkes Davson, Stanley Pons i Martin Fleischmann ...

Isaac Newton


Jako jeden z pierwszych uległ tej pokusie Isaac Newton - twórca podstaw współczesnej fizyki. Dokonana zaraz po jego śmierci analiza „Matematycznych zasad filozofii przyrody" wykazała, że aby uzyskać oczekiwany wynik, dowolnie manipulował liczbami przy obliczaniu prędkości dźwięku. A potem - licząc na to, że nikt nie odważy się podważać jego autorytetu - w kolejnych wydaniach swego dzieła tak zmieniał dane, aby robiły wrażenie coraz bardziej dokładnych. Newton bywał równie nieuczciwy w walce ze swymi konkurentami. Aby dowieść, że to on, a nie niemiecki filozof Gottfried Wilhelm Leibniz wymyślił rachunek różniczkowy, zmusił Royal Society do opublikowania raportu, który miał popierać tę tezę. I przekonywał, że został on opracowany przez całkowicie bezstronnych naukowców z całego świata. Później okazało się, że Newton sam ten raport stworzył, a podpisani pod tekstem uczeni nigdy nie istnieli!

Naukowych oszustw dopuszczał się także Albert Einstein.


Tajemnicą poliszynela jest fakt, że ten genialny fizyk wiele wzorów i obliczeń, które posłużyły do opracowania teorii względności, zaczerpnął z prac przysłanych mu przez młodych uczonych. Z początku wyniki tych badań przedstawiał na wszelki wypadek tak, żeby wyraźnie nie określać, do kogo należy ich autorstwo. Potem jednak, gdy słynna teoria została ogłoszona, ani razu się nie przyznał, że ojców sukcesu jest więcej.

Archeolog Charles Dawson


Podobnych historii można znaleźć bez liku. Ot, choćby przypadek brytyjskiego archeologa Charlesa Dawsona, który w 1912 roku na żwirowisku w Piltdown wykopał czaszkę podobną do ludzkiej i określił ją jako brakujące ogniwo w teorii ewolucji. Za sprawą tego odkrycia stał się niekwestionowanym autorytetem naukowym, a na swoich wykładach i prelekcjach zarobił niemałe pieniądze. Przy okazji na wiele lat zahamował dalsze poszukiwania skamieniałości, bo nikt nie chciał finansować kolejnych wypraw, skoro zagadka naszego pochodzenia została już rozwiązana...

Tymczasem „brakujące ogniwo w teorii ewolucji byto prymitywnym fałszerstwem, a szczęka orangutana!

Ale najciekawsze jest to, że środowi skowa solidarność naukowców, z których wielu zrobiło kariery na badaniu skamieniałości „człowieka z Piltdown", kazała im czekać z ujawnieniem prawdy prawie pół wieku. Skandaliczną manipulację dokonaną przez Dawsona udowodniono dopiero w 1953 roku!
 

Iloraz inteligencji - nie jest sprawą dziedziczną!


A z pewnością cechy genetyczne - nie są najważniejsze.
 
Oszustwa archeologiczne bywały i nadal są najczęstsze, lecz trzeba przy znać, że obecnie ich wpływ na naukę nie jest tak wielki, jak kiedyś. Myli się jednak ten, kto przypuszcza, że nie dokonuje się ich już wcale - i to w różnych dziedzinach nauki. Oto Cyril Burt, profesor psychologii z uniwersytetu w Londynie, po wielu latach badań nad bliźniętami wykazał, że iloraz inteligencji jest w znacznym stopniu sprawą dziedziczną. Wyniki jego prac były tak obszernie udokumentowane, że nikt nie śmiał ich kwestionować.

Gdy więc w 1971 roku - już po śmierci Burta - uczeni bliżej przyjrzeli się tym badaniom, przeżyli szok. Stwierdzili bo wiem, że profesor w wielu wypadkach nie tylko wymyślił dane, ale nawet nazwiska asystentów, którzy rzekomo brali udział w pracach. Do dziś nie udało się ustalić, jaka jest skala dokonanych przez niego fałszerstw i w jakim stopniu o naszej inteligencji decydują geny!

Kontrolowana fuzja jąder helu z jądrami wodoru? :-)


Podobny skandal wybuchł pod koniec XX wieku. Wówczas to profesorowie Stanley Pons (elektrochemik) i Martin Fleischmann (chemik) z University of Utah ogłosili, że udało im się dokonać kontrolowanej fuzji jąder helu z jądrami wodoru. W warunkach naturalnych taki proces odbywa się tylko we wnętrzu Słońca przy temperaturze 15 milionów stopni Celsjusza i ciśnieniu 200 miliardów atmosfer. A ponieważ stanowi źródło ogromnej i wprost nieograniczonej energii, fizycy od dziesiątków lat starali się go odtworzyć w warunkach ziemskich. Każda próba kończyła się jednak niepowodzeniem.

Gdy w 1999 roku Fleischmann i Pons triumfalnie obwieścili swój sukces, wybuchła wielka sensacja.

Obaj profesorowie natychmiast stali się pewniakami do Nagrody Nobla i zyska li olbrzymie wsparcie władz dla swej działalności. Gubernator stanu Utah przeznaczył 5 milionów dolarów na budowę Światowego Centrum Fuzji Jądrowej, a Waszyngton dołożył dalsze 25 milionów. Do tego na giełdach całego świata ostro po szybowała w górę cena palladu, bo właśnie tego pierwiastka uczeni użyli do fuzji. Najdziwniejsze jednak było to, że choć innym naukowcom z wielkich ośrodków jądrowych nie udało się powtórzyć eksperymentu, nikt nie ośmielił się odrzucić jego wyników jako oczywistej bzdury.

Nieliczni sceptycy zostali w mediach wyśmiani i zakrzyczani, a na całym świecie zawiązywały się spółki kapitałowe dla wsparcia dalszych badań. Z okazji pierwszej rocznicy przeprowadzenia „zimnej fuzji" zwołano nawet konferencję, na którą przybyło 230 najwybitniejszych fizyków, chemików i matematyków z 11 krajów świata.

Kiedy wreszcie po trzech latach okazało się, że odkrycie jest jednym wielkim oszustwem, a obaj uczeni wymyślili je podczas wycieczki w góry, nikt nie chciał się przyznać, że naprawdę uwierzył w „zimną fuzję". Co ciekawe, ani Fleischmann, ani Pons nigdy nie zostali za swe fałszerstwo ukarani. Z dnia na dzień zmienili zdanie i stwierdzili, że po prostu zrobili sobie niewinny żarcik. Takie rozwiązanie wszystkim było na rękę i cała sprawa rozeszła się po kościach.
 

Sklonowany człowiek?

 
Nigdy też nie został ukarany koreański uczony Woo Suk Hwang, który w 2005 roku oświadczył, że udało mu się sklonować ludzki zarodek. Gdy okazało się, że jego „klon" nie istnieje, a wyniki są wyssane z palca, zrobiono wszystko, żeby o tej sprawie jak najszybciej zapomnieć.
Z powyższych przykładów mogłoby wynikać, że naukowe oszustwa to taka niegroźna ekstrawagancja, bo przecież krzywdy nikomu nie czynią. Nic bardziej błędnego!
 

Rad lekiem ... 

 
Oto gdy nasza rodaczka Maria Skłodowska-Curie wraz  ze  swoim mężem Piotrem odkryła rad, Francuskie Towarzystwo Naukowe natychmiast ogłosiło, że jest on cudownym lekiem na niemal każdą dolegliwość. Świat ogarnął istny amok i nikt nie chciał słuchać, że pierwiastek jest szkodliwy dla zdrowia, co małżonko wie udowodnili nie tylko w licznych eksperymentach na zwierzętach, ale i na własnym przykładzie! Lekarze powszechnie zapisywali pacjentom specyfiki z radem. Radu dodawano do mydła, robiono z nim kosmetyki, pastę do zębów, a nawet wypiekano pieczywo. Jego cena skoczyła do 25 000 marek ze gram!

Wszelkie głosy sprzeciwu tłumiono w zarodku. Państwo Curie byli załamani, lecz nic nie mogli zrobić. Doszło nawet do tego, że zabroniono im mówić na wy kładach o szkodliwości radu. Tymczasem tysiące ludzi zatrudnionych w fa brykach produkujących wyroby z tym pierwiastkiem umierało na raka w ogromnych męczarniach, a większość naukowców milczała! Na szczęście dla Europy i Stanów Zjednoczonych zaniechano (ze względu na wysokie koszty) produkcji nawozów sztucznych z radem, który zda niem agrotechników miał podnosić plony o 20 do 30 procent. Łatwo się domyślić, że gdyby do tego doszło, większe żniwa niż farmerzy zebrałaby śmierć.

Modę na stosowanie niebezpiecznego pierwiastka udało się powstrzymać dopiero wtedy, gdy zabił on kilku ówczesnych multimilionerów, w tym światowego magnata kawowego Muellera, który regularnie zażywał wodę z radem. Ocenia się, że ofiarami naukowego oszustwa padło kilka milionów ludzi na całym świecie! Maria Skłodowska-Curie, która zresztą sama zmarła w wyniku choroby popromiennej, do końca życia nie mogła darować sobie, że ogłosiła swoje odkrycie, nie zastanowiwszy się nad tym, do ja kich celów może być wykorzystane.

Czy nauka wyciągnęła  z tej historii jakieś wnioski? Jeśli tak, to chyba nie wszystkie.


Wystarczy przypomnieć aferę z talidomidem - niemieckim środkiem przeciwbólowym dla kobiet w ciąży, który doprowadzał do trwałych zmian rozwojowych płodu. Dobrym przykładem jest też nie tak dawna plaga BSE u krów. Niewielu już o tym pamięta, ale choroba pojawiła się w związku z podawaniem zwierzętom niedostatecznie przebadanej paszy, która w założeniu miała przynieść natychmiastowy sukces w hodowli.

Niestety, wydaje się, że wymienione przypadki - podobnie jak inne oszustwa dokonywane w zaciszu gabinetów i laboratoriów - nic naukowców nie nauczyły. Wielu badaczy nadal karmi świat hipotezami, które są podawane jak dogmaty wiary. Na przykład wmawia się ludziom, że żywność udoskonalona genetycznie wcale nie jest szkodliwa dla zdrowia, choć do tej pory nikt tego w stu procentach nie udowodnił.

Podobnie jest z krwią pępowinową.

 
Na całym świecie powstają banki, które ją gromadzą i zarabiają na tym miliardy dolarów państwowych dotacji. Ale na dal nie ma skutecznej metody rozmnażania komórek macierzystych (to dla nich zbiera się krew pępowinową) i wszystko wskazuje na to, że długo jeszcze jej nie będzie. Ostatnio niemieccy naukowcy ogłosili, że próby terapii serca za pomocą takich komórek skończyły się fiaskiem, lecz głos ten skutecznie udało się wyciszyć. Zresztą tak samo tłumi się wszelkie próby weryfikacji teorii ewolucji czy wpływu na atmosferę dwutlenku węgla.

Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że zbyt wielu ludzi zrobiło na kłamliwych teoriach karierę i zbyt wiele ośrodków zarobiło na tym ogromne pieniądze, by teraz przyznawać się do porażki. Niestety, uczeni są coraz bardziej uzależnieni od potężnych koncernów, a te obchodzi tylko doraźny zysk.

Dziś więc naukowcy coraz częściej informują nas tylko o jednej stronie badanych zjawisk, a w skrajnych przypadkach - oszukują. Wyniki często zależą od tego, kto daje pieniądze. Przed taką tendencją trudno będzie w pełni się obronić.

Czy to znaczy, że powinniśmy naukę potępić w czambuł? Oczywiście, że nie. Jakkolwiek by na to patrzeć, stanowi ona potężny motor naszego rozwoju. Tak było zawsze i tak będzie nadal. Warto jednak w podejściu do różnych nowinek badawczych zachować daleko idący sceptycyzm i tak samo poważnie traktować argumenty ich zwolenników, jak i przeciwników. Z pewnością wyjdzie nam to na dobre.
---